WOJNA NA DROGACH! Rowerzyści kontra kierowcy. Kto wygra ten śmiertelny pojedynek?
Polacy masowo ruszyli do sklepów po rowery. Jeździmy do pracy, po zakupy, dla zdrowia i kaprysu. Wydawać by się mogło, że stajemy się drugą Holandią. Nic bardziej mylnego! Gdy tylko zjeżdżamy z salonowych dywaników na polskie ulice, zaczyna się prawdziwa walka o przetrwanie. Czy ścieżki rowerowe są nam w ogóle potrzebne? I dlaczego wciąż jest ich tak dramatycznie mało?
Jeszcze dekadę temu rower kojarzył się głównie z weekendową rekreacją za miastem. Dziś to pełnoprawny środek transportu. Polacy chcą żyć ekologicznie, omijać korki i dbać o kondycję. Problem w tym, że infrastruktura w wielu miejscach kraju zwyczajnie nie nadąża za tym szaleństwem.
Ścieżki rowerowe nie są już fanaberią „młodych z wielkich miast” – to absolutna konieczność. Bez bezpiecznych, odseparowanych od ruchu samochodowego tras, polskie drogi zamieniają się w strefę wojny. Rowerzyści boją się pędzących ciężarówek, kierowcy wściekają się na blokujące pasy jednoślady, a piesi drżą o życie na chodnikach, gdzie cykliści uciekają przed niebezpieczeństwem. Coś musi się zmienić!
Dużo czy mało? Liczby nie kłamią! Urzędnicy w błysku fleszy chętnie przecinają wstęgi na nowych odcinkach dróg rowerowych. Jak wygląda rzeczywistość? Z roku na rok kilometrów przybywa, ale to wciąż kropla w morzu potrzeb.
- Wielkie metropolie dają radę: Miasta takie jak Warszawa, Wrocław czy Kraków mogą pochwalić się setkami kilometrów tras. Tam sieć powoli zaczyna przypominać logiczną całość.
- Polska powiatowa w ogonie: Wystarczy jednak wyjechać poza granice aglomeracji, by bezpieczna ścieżka nagle się skończyła. Mniejsze miasta i wsie są pod tym względem totalnie odcięte od świata.
W porównaniu z liderami, takimi jak Dania czy Holandia, Polska wciąż wygląda jak ubogi krewny. U nas ścieżki rowerowe często buduje się „kawałkami” – kilometr tu, pięćset metrów tam. Efekt? Rowerzysta nagle ląduje na ruchliwej trasie wojewódzkiej, ryzykując życie.
Co dalej?
Ścieżki rowerowe w Polsce są potrzebne „na wczoraj”. Nie jako luksus, ale jako element podstawowego bezpieczeństwa. Dopóki sieć dróg dla jednośladów nie stanie się spójna, a rowerem nie będzie można bezpiecznie przejechać z jednego końca powiatu na drugi, Polacy wciąż będą ryzykować zdrowiem na drogach. Czas, aby rządzący i samorządowcy wreszcie to zrozumieli – zanim dojdzie do kolejnych tragedii!
– To, co dzieje się w wielu polskich gminach, to kpina z obywateli! Urzędnicy chwalą się statystykami, bo wylali kilkaset metrów asfaltu w szczerym polu. Co z tego ma rowerzysta, skoro ta ścieżka nagle się urywa i zmusza go do wjazdu wprost pod koła rozpędzonych tirów? Budujemy trasy niespójne, dziurawe i często z fatalnej kostki brukowej. Dopóki nie zaczniemy traktować roweru jak normalnego środka transportu, a nie jak weekendowej zabawki, na polskich drogach wciąż będzie dochodziło do tragedii. Potrzebujemy natychmiastowego planu ratunkowego i realnych pieniędzy na połączone sieci dróg!
ekspert ds. infrastruktury i bezpieczeństwa ruchu drogowego, Janusz Kowalski
